Wiatr w oczy energetykom

Do 2010 r. 10 proc. energii w Polsce powinno być wytwarzane ze źródeł odnawialnych – wiatru, wody i biomasy. Takie zobowiązanie wzięliśmy na siebie po wstąpieniu do UE. Do 2025 r. udział ten powinien wynieść już 20 proc. Wczoraj urzędnicy, naukowcy i menedżerowie z firm energetycznych zastanawiali się na konferencji „Energetyka odnawialna – oszacowanie potencjału”, jakie są szanse na spełnienie wymogów UE. Niestety, większość zgodziła się, że niewielkie.

W 2006 r. udało się nam osiągnąć wskaźnik 3,7 proc., przekraczając plan o jedną dziesiątą. Ale przez następne lata udział energii ze źródeł odnawialnych powinien rosnąć średnio o ponad 2 proc. rocznie. – To będzie bardzo trudne – mówił wiceprezes Urzędu Regulacji Energetyki Wiesław Wójcik. Jego zdaniem nie obejdzie się bez budowy nowych wielkich elektrowni wodnych. Ale te budzą spore kontrowersje ekologiczne – niszczą bowiem naturalne ekosystemy rzek.

Z kolei firmy zajmujące się elektrowniami wiatrowymi narzekają na biurokrację i małe poparcie samorządów wojewódzkich. – Gminy są inwestycjami w farmy wiatrowe bardzo zainteresowane – mówił Adam Stadnik z polsko-niemieckiej firmy Windpol, która buduje takie farmy. – Ale cały udział zarządów województw ogranicza się do zapisania dwóch zdań w strategii dla województwa. Efekt – w Niemczech elektrownie wiatrowe mają moc 20 000 megawatów, w Polsce zaledwie 180. – A startowaliśmy mniej więcej w tym samym czasie – podkreślał Stadnik.

Narzekał też na problemy z przyłączaniem wiatraków do sieci energetycznej. Najlepsze warunki dla budowy farm wiatrowych są na północy kraju, ale tam z kolei sieć jest najrzadsza. Na modernizacją i budowę sieci mogłaby dać pieniądze Unia Europejska, ale tylko dziewięć z 16 województw wpisało to do swoich programów operacyjnych.

– Dużo szumu, mało efektów – podsumował Stadnik.

Niewiele lepiej ma się sprawa z uprawą roślin energetycznych, które miały być sposobem na szybki wzrost dochodów rolników. Uprawy wierzby energetycznej, miskanta olbrzymiego i róży bezkolcowej zajmują zaledwie 10 tys. hektarów. Uprawia je tylko 600 plantatorów.

Co się stanie, jeśli Polska nie wypełni unijnego wskaźnika ekologicznej energii? Producenci „czarnej energii” będą wówczas płacili wysokie kary, co w połączeniu z koniecznością kupna limitów na emisję CO2 wywinduje ceny energii i ograniczy konkurencyjność naszej gospodarki.

Źródło:
Gazeta Wyborcza

admin

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *